Adaptacja do zmian klimatu staje się jednym z kluczowych wyzwań samorządów. O budowaniu odporności miast, małej retencji i potrzebie ochrony torfowisk i terenów podmokłych rozmawiamy z prof. dr. hab. Mariuszem Lamentowiczem, przyrodnikiem, torfowiskoznawcą, geografem i paleoekologiem, kierownikiem Pracowni Ekologii Zmian Klimatu Wydziału Nauk Geograficznych i Geologicznych na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.
Czym jest adaptacja do zmian klimatu oraz dlaczego działania z tego zakresu są ważne dla naszych miast?
Adaptacja do zmian klimatu to proces dostosowywania naszych miast do nowych warunków klimatycznych wynikających z globalnego ocieplenia. W praktyce oznacza przygotowanie infrastruktury, przestrzeni publicznych i całych społeczności na coraz częstsze fale upałów, gwałtowne opady czy okresy suszy. Miasta są szczególnie narażone na skutki zmian klimatu, bo dominują w nich powierzchnie nieprzepuszczalne - asfalt, beton, gęsta zabudowa, a udział terenów zielonych i naturalnych ekosystemów jest ograniczony. To sprawia, że woda po intensywnych opadach, nie ma gdzie wsiąkać, a podczas upałów zabudowa nagrzewa się, pogarszając komfort życia mieszkańców. Dlatego działania adaptacyjne są dziś niezbędne, by utrzymać dobry poziom życia w miastach. Wciąż jednak brakuje nam świadomości, czym adaptacja właściwie jest, a niektóre proponowane inwestycje działają wręcz odwrotnie do zamierzeń, pogłębiając problemy zamiast je łagodzić. Tymczasem to właśnie przyroda, szczególnie w regionach takich jak Wielkopolska, gdzie istnieje ogromny potencjał do ochrony terenów naturalnych, może odegrać kluczową rolę w budowaniu odporności miast na zmiany klimatu. Potrzeba w tym zakresie jednak odpowiedniej edukacji i działań.
Jak skutecznie komunikować mieszkańcom potrzebę adaptacji?
Niezbędna jest stała obecność tego tematu w przestrzeni publicznej. Potrzebujemy silnego, merytorycznego głosu środowiska naukowego oraz instytucji, które zajmują się klimatem na co dzień. Edukacja klimatyczna wciąż kuleje i wymaga dopracowania, bo nie chodzi jedynie o podnoszenie świadomości, ale też o przekładanie wiedzy na konkretne projekty i działania. Mieszkańcy muszą rozumieć, jak wykorzystywać przyrodę w procesie adaptacji i chodzi nie tylko o zieleń miejską, ale także mokradła czy inne naturalne ekosystemy, które często są traktowane jako nieużytki, a w rzeczywistości pełnią istotną rolę w łagodzeniu skutków zmian klimatu.
Jak pan prof. definiuje zielono-niebieską infrastrukturę, która odgrywa istotną rolę w procesie adaptacji do zmian klimatu?
Pojęcie zielono-niebieskiej infrastruktury sugeruje techniczne rozwiązania i związane jest z potrzebą naszej kontroli nad przyrodą, co nie zawsze przynosi dobre rezultaty. Sztuczne zbiorniki wodne, które mają gromadzić wodę, nie zawsze będą spełniać swoją rolę, bo na przykład ilość opadów będzie niewystarczająca. Dużo lepiej sprawdzają się procesy renaturyzacji i odtwarzania istniejących ekosystemów. Proste, oparte na przyrodzie rozwiązania są tańsze, bardziej trwałe i skuteczniej odpowiadają na problemy, z którymi mierzą się miasta: falami upałów, suszami czy gwałtownymi opadami. Dlatego zamiast używać określenia „niebiesko-zielona infrastruktura”, wolę mówić o ekosystemach miejskich - łąkach, lasach, mokradłach, torfowiskach, zadrzewieniach czy zakrzewieniach. To właśnie rozwiązania oparte na przyrodzie (Nature-based Solutions), są skuteczniejsze niż sztuczne przedsięwzięcia adaptacyjne. Naturalnych przestrzeni w miastach mamy jeszcze trochę, to często tzw. dzikie miejsca, które zatrzymują wodę, obniżają temperaturę, filtrują powietrze i tworzą przestrzeń dla bioróżnorodności są też naturalnymi filtrami zanieczyszczeń. Niestety, problem polega na tym, że wiele z tych terenów nie jest chronionych i bywa przeznaczanych pod zabudowę, mimo że to właśnie one najlepiej wspierają adaptację do zmian klimatu w miastach i gminach.
Dlaczego tak ważna jest ochrona mokradeł?
Mokradła (w tym torfowiska) zawierają w sobie coś absolutnie kluczowego dla klimatu - wodę. Pełnią wiele funkcji, których nie da się zastąpić technicznymi rozwiązaniami. To obszary cenne nie tylko przyrodniczo, ale także naukowo. Są one swoistymi „archiwami natury”. W ich osadach zapisane są informacje o dawnych roślinach, klimacie i obecności człowieka. W Poznaniu doliny Warty czy Cybiny oraz inne torfowiska w mieście (np. Żurawiniec) to przykłady miejsc, które z perspektywy historycznej i archeologicznej dostarczają bezcennej wiedzy o przeszłości regionu. W miastach pomagają łagodzić skutki fal upałów, obniżając temperaturę otoczenia nawet o kilka stopni i tworząc korzystny mikroklimat.
Dobrze zachowane mokradła potrafią też akumulować ogromne ilości CO2. Nawadnianie takich terenów pozwala zatrzymać węgiel w ekosystemie, zamiast uwalniać go do atmosfery.
By skutecznie je chronić, potrzebujemy jednak lepszych narzędzi. Wciąż brakuje rzetelnej inwentaryzacji miejskich mokradeł, nie mamy mapy, która pokazywałaby ich rozmieszczenie w gminach i znaczenie dla mikroklimatu. Brakuje też dobrze opracowanej metodologii pozwalającej obliczyć bilans węgla w ekosystemach miejskich.
Jak przeciwdziałać zjawisku stepowienia naszego regionu?
Najważniejsze jest zatrzymywanie wody w krajobrazie. Dziś ogromnym problemem są rowy melioracyjne. Ich sieć w Polsce liczy ponad 300 tysięcy kilometrów, a wiele z nich, zwłaszcza w lasach, nie jest nawet ujętych w dokumentacji. Odprowadzają wodę z otoczenia, przyspieszają jej spływ i w praktyce pogłębiają suszę. Należy je zasypywać lub tamować – czasem wystarczy kłoda drewna lub worki z piaskiem. Trzeba budować zastawki oraz przywracać naturalne stosunki wodne. Musimy też renaturyzować rzeki, które zostały zamienione w betonowe kanały. Taki sposób „uporządkowania” rzek sprawia, że woda przepływa bardzo szybko, nie zatrzymuje się w korycie i nie zasila okolicznych ekosystemów. Tymczasem to właśnie w zlewniach, czyli obszarach, z których woda spływa do rzek, możemy zrobić najwięcej. Ważne jest także naprawianie „ran” w przyrodzie, szczególnie na zmeliorowanych torfowiskach i w dolinach rzecznych. Jeśli takie obszary są odwodnione, woda szybko ucieka z krajobrazu, a susza się pogłębia. Dlatego zamiast budować kolejne sztuczne zbiorniki, które często działają jak drenaż, powinniśmy skupić się na retencji krajobrazowej, czyli zatrzymywaniu wody w glebie, w mokradłach, torfowiskach i spowolnieniu jej odpływu. To rozwiązania tańsze, skuteczniejsze i bardziej odporne na zmiany klimatu. Jeśli szybko nie podejmiemy takich działań, wysuszanie gleb będzie postępować, a susze staną się jeszcze bardziej dotkliwe.
Czy może wskazać pan prof. przykłady wielkopolskich miejscowości, które wdrażają adaptacyjne rozwiązania w sposób wzorcowy?
Wolałbym mówić raczej o dobrych perspektywach niż o pojedynczych wzorcowych przykładach. W Wielkopolsce coraz lepiej widać, że samorządy zaczynają rozumieć znaczenie retencji, odtwarzania mokradeł, zielono-niebieskiej infrastruktury i lokalnego spowalniania odpływu wody. Szczególnie duży potencjał mają dziś miejscowości i gminy, które potrafią połączyć działania adaptacyjne z wykorzystaniem funduszy unijnych, zwłaszcza na projekty związane z retencją krajobrazową, renaturyzacją cieków, ochroną gleb organicznych i odbudową mokradeł. Wielkopolska ma bardzo dobre warunki, aby takie działania rozwijać szerzej.
Kluczowe jest, aby środki europejskie nie były wydawane wyłącznie na klasyczną infrastrukturę techniczną, ale także na rozwiązania oparte na przyrodzie: zatrzymywanie wody w dolinach rzecznych, odtwarzanie torfowisk i mokradeł, podnoszenie poziomu wód gruntowych oraz tworzenie lokalnych systemów mikroretencji.
To właśnie takie działania mogą stać się wzorcowym kierunkiem adaptacji regionu do suszy i zmian klimatu.
Czy Fundusze Europejskie mogą być w tych działaniach pomocne?
Jak najbardziej. Fundusze Europejskie już odgrywają istotną rolę w działaniach adaptacyjnych i co ważne, są coraz częściej wykorzystywane w projektach związanych z ochroną mokradeł, torfowisk czy zatrzymywaniem wody w krajobrazie. Niestety wśród wielu samorządowców wciąż pokutuje przekonanie, że najlepszym sposobem adaptacji do zmian klimatu jest kopanie nowych zbiorników wodnych bezpośrednio w obrębie torfowisk i gleb organicznych. To bardzo problematyczne podejście. Torfowiska same w sobie są naturalnymi magazynami wody i węgla. Ich rozkopywanie prowadzi często do degradacji struktury torfu, przyspieszenia odwodnienia, nasilenia rozkładu materii organicznej oraz zwiększenia emisji gazów cieplarnianych. W wielu przypadkach takie działania zamiast poprawiać retencję, destabilizują cały lokalny system hydrologiczny. Dlatego coraz częściej podkreślamy, że adaptacja klimatyczna powinna polegać przede wszystkim na zatrzymywaniu wody w krajobrazie, a nie na mechanicznym przekształcaniu mokradeł w sztuczne zbiorniki. Znacznie lepsze efekty daje mikroretencja i odbudowa naturalnych procesów hydrologicznych - tamowanie rowów odwadniających, lokalne zastawki, spowalnianie odpływu czy niewielkie podniesienie poziomu wody. Czasem kilka-kilkanaście centymetrów różnicy w poziomie wód gruntowych może mieć ogromne znaczenie dla funkcjonowania torfowiska, retencji i ograniczania skutków suszy. Mam nadzieję, że Fundusze Europejskie będą coraz mocniej wspierały właśnie takie rozwiązania oparte na przyrodzie.
Rozmawiał: Łukasz Karkoszka


