Polska zaliczana jest do grona tzw. wschodzących innowatorów. O tym, jak przyspieszyć transfer wiedzy z laboratoriów do biznesu, zwiększyć konkurencyjność firm i efektywniej wykorzystywać Fundusze Europejskie rozmawiamy z dr. inż. Jakubem Jasiczakiem, przewodniczącym Porozumienia Spółek Celowych i ekspertem w dziedzinie transferu technologii.
Czy polskim naukowcom opłaca się komercjalizować swoje badania? Jak to wygląda w Polsce i Wielkopolsce?
Absolutnie się nie opłaca. Polski naukowiec jest przedsiębiorczy nie dzięki systemowi, ale wbrew niemu. Obowiązujące zasady ewaluacji wciąż premiują publikacje, a nie realne wdrożenia badań w gospodarce. Komisja Europejska wprost wskazuje, że polski system oceny nauki słabo nagradza komercjalizację i współpracę z biznesem. Na poziomie ministerialnym pojawiły się zapowiedzi, by mocniej doceniać transfer technologii, ale jak dotąd są to zbyt zachowawcze zmiany, żeby realnie zmieniły motywacje naukowców.
Drugim problemem jest przeciążenie administracją. To naukowcy odpowiadają za zdobywanie grantów, ich rozliczanie, opisywanie faktur, prowadzenie zajęć, wyjazdy konferencyjne. Coraz częściej mówią: „przestaliśmy prowadzić badania, a zaczęliśmy administrować”. W takich warunkach trudno oczekiwać, że komercjalizacja stanie się dla nich atrakcyjną ścieżką kariery - czy w Polsce, czy w Wielkopolsce. KE podkreśla, że bez atrakcyjnych warunków kariery naukowej i jasnych zachęt do współpracy z biznesem nie zbudujemy silnego ekosystemu innowacji.
Polska zajmuje 23. miejsce w UE pod względem innowacyjności. Dlaczego wciąż nie potrafimy przebić się do europejskiej czołówki? Czego nam brakuje?
Powody mają charakter systemowy i strukturalny. Po pierwsze, nakłady na badania i rozwój są niskie i często źle ukierunkowane - mimo że w ostatnich latach wydatki publiczne na innowacje rosły, Polska wciąż pozostaje poniżej średniej UE, a te środki nie przekładają się wystarczająco na innowacje rynkowe. Wciąż brakuje spójnej polityki naukowej państwa, która jasno wskazywałaby priorytetowe obszary i pozwalała polskiej nauce wyspecjalizować się tam, gdzie realnie możemy konkurować z innymi krajami. Nie mamy też strategii innowacyjności skoncentrowanej wokół obszarów Deep Tech, a takie dokumenty posiadają choćby Litwa czy Estonia, nie mówiąc o Szwajcarii czy Szwecji. O tym, że źle wydajemy środki na innowacje, dobitnie świadczy raport Najwyższej Izby Kontroli dotyczący działalności Narodowego Centrum Badań i Rozwoju: w ciągu 10 lat wydano 47 mld zł na projekty badawczo-rozwojowe, a przychody z komercjalizacji wyników badań w poszczególnych projektach sięgnęły zaledwie od 1 do 17%. To oznacza, że finansujemy „innowacje widmo” - dobrze wyglądające na papierze, ale bez przełożenia na rynek. Po drugie, jako kraj wciąż wolimy kupować gotowe technologie, głównie z USA, zamiast je tworzyć i budować lokalny udział w łańcuchu wartości - spółki Skarbu Państwa wybierają „bezpieczny zakup”, a nie ryzykowną współpracę z polską nauką. Po trzecie, mamy słabo rozwinięty kapitał wysokiego ryzyka: polski rynek VC i private equity jest płytki, zdominowany przez fundusze publiczne, sięga jedynie ułamka średniej unijnej, a udział instytucjonalnych inwestorów w bardziej ryzykownych aktywach jest bardzo niski. Zamożni Polacy chętniej inwestują w kolejne mieszkania w Hiszpanii niż w deep-tech powstający na bazie badań naukowych.
Jakie branże w Polsce są dziś najbardziej innowacyjne, a które wciąż mają sporo do nadrobienia?
Najmocniejsza jest dziś szeroko rozumiana sfera technologii cyfrowych i IT.
Mamy się czym pochwalić w oprogramowaniu, analityce danych, sztucznej inteligencji czy cyberbezpieczeństwie, a także w firmach budujących zaawansowaną infrastrukturę technologiczną.
Publiczne środki - z polityki spójności i KPO - mocno wspierają cyfryzację administracji i firm, choć adopcja zaawansowanych technologii, takich jak AI, wciąż jest w Polsce wyraźnie poniżej średniej UE.
Bardzo dobrze radzi sobie także sektor med-tech oraz farmacja i biotechnologia - patenty z tych branż pokazują, że potrafimy tworzyć rozwiązania konkurencyjne globalnie. Spójne jest to z unijną diagnozą, że Polska stopniowo rozwija wybrane „wyspy” wysokich kompetencji, ale brakuje masy krytycznej projektów skalowanych globalnie.
Dużo do nadrobienia mają natomiast tradycyjne sektory o ogromnym znaczeniu dla polskiego PKB. Mam na myśli przemysł przetwórczy, budownictwo, część transportu oraz sektor rolno-spożywczy. Te branże właśnie wchodzą w fazę głębokiej transformacji - automatyzacji, cyfryzacji, zielonej i energetycznej - i tu tempo zmian jest wciąż zbyt wolne jak na wyzwania, przed którymi stoimy. Wydajność polskich MŚP sięga średnio ok. dwóch trzecich produktywności dużych firm, a niski poziom współpracy, klastrów i hubów innowacji szczególnie mocno uderza w regiony poza największymi metropoliami.
Aby zwiększyć poziom innowacyjności polskich firm, kluczowa wydaje się współpraca z sektorem naukowym. Jak Pan ocenia aktualny poziom inwestycji polskich przedsiębiorstw w obszar B+R?
To pytanie jest kluczowe, bo definitywnie kończy się model trzech „T”: taniej pracy, taniej energii i taniej ziemi. Jeśli chcemy utrzymać ambicje gospodarcze na poziomie państw G20, musimy inwestować inaczej i odważniej. Tymczasem stopa inwestycji - udział inwestycji w tworzeniu PKB - od dekady spada i pozostaje wyraźnie poniżej średniej unijnej. Za tym stoi silna awersja do ryzyka, czyli po prostu brak „głodu innowacji” w wielu zarządach. KE w swoich rekomendacjach dla Polski wprost mówi, że polityka gospodarcza powinna wyraźniej koncentrować się na inwestycjach w innowacje, a nie tylko na klasycznej infrastrukturze.
Przedsiębiorcy wolą inwestować w ludzi i maszyny, a najmniej w sztuczną inteligencję, robotyzację, badania i rozwój oraz cyfryzację. To klasyczny syndrom „gotującej się żaby”: inwestujemy w to, co wydaje się potrzebne dziś, a nie w to, co będzie konieczne jutro. Niepokojący jest także spadek krajowych nakładów brutto na działalność B+R (tzw. GERD) w ostatnim okresie oraz fakt, na który zwraca uwagę KE: choć BERD (Business Expenditure on Research and Development, czyli nakłady przedsiębiorstw na działalność badawczo-rozwojową) rośnie w ujęciu nominalnym, nadal pozostaje wyraźnie poniżej średniej UE i nie przekłada się na wysoki poziom eksportu wysokich technologii.
Co więcej, w strukturze nakładów firm na B+R ponad 90% stanowią wydatki bieżące, a nie inwestycyjne. To oznacza, że nie budujemy laboratoriów, nie tworzymy linii pilotażowych, nie kupujemy aparatury naukowej ani patentów - a właśnie te inwestycje decydują o zdolności firm do prowadzenia samodzielnych, zaawansowanych prac badawczo-rozwojowych. Publiczne instrumenty - w tym środki z FENG - powinny być mocniej ukierunkowane na projekty o silnym komponencie wdrożeniowym i na obszary specjalizacji, a nie rozpraszane na wiele małych, nisko-ryzykownych działań.
Przewodniczy Pan Porozumieniu Spółek Celowych, łączącemu spółki celowe 37 największych uczelni. Zrealizowaliście łącznie ponad 4 tys. projektów B+R dla biznesu, powołaliście ponad 240 akademickich spółek technologicznych. W czym tkwi wasz sukces?
Gdybym miał wskazać jeden powód, powiedziałbym krótko: nasz sukces wynika z tego, że po prostu nam się chce. Szukamy rozwiązań, a nie problemów. Nie czekamy, aż biznes sam zapuka do drzwi uczelni - wychodzimy w teren, rozmawiamy z dużymi korporacjami i MŚP, budujemy relacje i zaufanie.
Po drugie, jesteśmy propaństwowi i potrafimy motywować obie strony. Z przedsiębiorcami rozmawiamy o przyszłości ich biznesu i o tym, jak nauka może im realnie pomóc. Naukowcom z kolei „sprzedajemy” współpracę z biznesem jako szansę na rozwój, a nie dodatkowe obciążenie. Dodatkowo stosujemy mechanizmy typu success fee - bierzemy na siebie część ryzyka, co zwiększa motywację, by doprowadzić projekt do wdrożenia, a nie zakończyć go na raporcie. To dokładnie ta „profesjonalizacja i budowa zdolności centrów transferu technologii”, którą KE wymienia jako warunek efektywnej komercjalizacji badań w Polsce.
Jak na przestrzeni lat zmieniała się jakość i charakter projektów B+R realizowanych przez uczelnie? Czy biznes oczekuje dziś czegoś innego niż dekadę temu?
Na początku ta zmiana była mniejsza, niż można by się spodziewać. Często chodziło o niewielkie próby „na dowód”, pilotaże potrzebne do dopisania innowacji do większego projektu infrastrukturalnego czy inwestycyjnego. Nierzadko B+R było dodatkiem do grantu na halę, a nie jego sercem.
Z czasem charakter projektów zaczął się zmieniać. Po stronie spółek celowych mocno rozwinęliśmy know-how metodyczne: lepiej rozumiemy specyfikę poszczególnych branż, potrafimy wejść głębiej w łańcuch wartości i zaplanować prace tak, by prowadziły do nowych produktów i technologii, a nie tylko do publikacji. Więcej jest projektów typu win-win. W Polsce rośnie liczba projektów wspólnych, współautorstw nauka-biznes i zatrudnionych w firmach badaczy, ale cały czas pozostajemy poniżej średniej UE, a postęp jest nierówny. Trzeba jednak uczciwie powiedzieć, że z motywacją naukowców wciąż nie jest dobrze - system zachęt nadal premiuje bezpieczeństwo i publikacje, a nie długą, niepewną ścieżkę do wdrożenia, co KE wprost nazywa „priorytetyzacją publikacji nad praktycznym zastosowaniem”.
Czy widzi Pan różnicę w podejściu do współpracy B+R między dużymi korporacjami a MŚP? Jak dostosowujecie ofertę do obu grup? Z jakich projektów jest Pan szczególnie dumny?
Różnica jest bardzo wyraźna. Duże korporacje mają precyzyjny reżim działania, jasno określone oczekiwania i bardzo wysoko ustawioną poprzeczkę. W ich przypadku musimy idealnie dopasować się do procedur - dlatego pracujemy na dobrze zdefiniowanym instrumentarium: kamieniach milowych, zapisach umów, transparentnych etapach, harmonogramach i klarownym raportowaniu.
MŚP działają inaczej. Innowacje są zwykle mniejsze skalą, ale dają ogromną satysfakcję, bo realnie zmieniają codzienność firmy. Średni i mali przedsiębiorcy przede wszystkim chcą mieć pewność, że projekt „chwyci” na rynku i że nie stracą zainwestowanych pieniędzy - naszą rolą jest maksymalne ograniczenie ryzyka.
Dlatego jako pozytywny przykład wolę wskazać nie pojedynczy projekt jednej spółki celowej, ale inicjatywę systemową: #EUInnovateTogether. To oddolny mechanizm, który skłania europejskie korporacje do pogłębienia współpracy innowacyjnej z nauką Europy Środkowej na etapach pre-TRL i TRL 1-4, czyli dużo wcześniej niż wchodzą klasyczne fundusze VC, akceleratory czy aniołowie biznesu. Firmy nie przychodzą tam po listę gotowych produktów z nauki, ale deklarują czas i zasoby, by współtworzyć koncepcje, prototypy i pilotaże z zespołami naukowymi, a efektem mogą być zarówno zlecone B+R i wdrożenia, jak i wspólne granty czy rola „pierwszego klienta” dla powstających spin-offów.
#EUInnovateTogether jest prowadzone pro bono przez polski ekosystem transferu technologii - PSC i PACTT. Przez ostatnie dwa lata rozmawialiśmy o pogłębieniu współpracy z 52 europejskimi korporacjami i 10 zagranicznymi ambasadami! W pierwszych miesiącach osiem korporacji zdefiniowało 43 wyzwania badawczo-rozwojowe, na które odpowiedziało 45 zespołów naukowych, a osiem tematów weszło w dalszą współpracę. To pokazuje, że umiemy przekonać europejskie koncerny, by nie tylko „kupowały” polską naukę, ale realnie współtworzyły z nią agendy badawcze - i dokładnie taki model powinniśmy rozwijać także w Wielkopolsce.
Jaką rolę w rozwoju innowacyjności i działalności badawczo-rozwojowej odgrywają Fundusze Europejskie?
To główny dopalacz innowacyjności w Polsce - wcześniej programy takie jak POIG czy POIR, dziś FENG i szeroka polityka spójności, która w obecnej perspektywie zapewnia Polsce ponad 75 mld euro, w tym około 12,2 mld euro na badania, innowacje i konkurencyjność MŚP. Bez tego zastrzyku środków bylibyśmy w zupełnie innym miejscu, zarówno jeśli chodzi o infrastrukturę badawczą, jak i kompetencje firm oraz uczelni.
Mam jednak duży niedosyt, jeśli chodzi o trwałość tej zmiany. Fundusze nie doprowadziły do głębokiego przełamania mentalności. Gdyby jutro unijne pieniądze się skończyły, większość firm nie utrzymałaby samodzielnie działalności innowacyjnej - po prostu przestałaby być innowacyjna. KE też pokazuje, że nasz system wsparcia jest mocno rozproszony między różne instrumenty i instytucje, co utrudnia dostęp i osłabia efekt dźwigni prywatnych inwestycji.
Od kilku lat obserwuję też niepokojący trend: część instytucji administracji publicznej zaczyna kanibalizować ekosystem innowacji. Zamiast pełnić rolę grantodawcy, próbują być jednocześnie inkubatorem, akceleratorem czy ośrodkiem transferu technologii. Tym zajmują się wyspecjalizowane instytucje rynkowe, a nie urzędy. Tymczasem poprzeczka w nowej perspektywie unijnej idzie w górę - bez deep-tech i ambitnych wskaźników wdrożeniowych po prostu wypadniemy z gry, bo środki będą coraz mocniej wiązane z realnymi wynikami i z rozwojem „krytycznych technologii” w ramach inicjatyw takich jak STEP.
Czy obecne instrumenty wsparcia są dobrze dopasowane do potrzeb przedsiębiorców?
Dziś instrumenty wsparcia są dla wielu firm po prostu zbyt trudne w obsłudze. Wnioski są bardzo skomplikowane, przez co system premiuje „liderów pisania” zamiast innowatorów z realnym potencjałem. Zbyt rzadko akceptuje się ryzyko - a innowacja z definicji oznacza możliwość porażki, konieczność pivotu, zmianę zakresu projektu. KE w swoich rekomendacjach dla Polski podkreśla konieczność uproszczenia regulacji, stabilizacji otoczenia prawnego oraz ograniczenia obciążeń administracyjnych dla firm.
Procedury są także zbyt powolne. Firmy nie mogą czekać roku na informację, czy dostaną dotację, bo w innowacjach kluczowy jest czas. Do tego dochodzi faworyzowanie podmiotów z wieloletnim doświadczeniem w aplikowaniu kosztem tych, które dopiero wchodzą na ścieżkę B+R, ale mają świeże pomysły i ambicje. Dotacje powinny premiować odwagę i potencjał, a nie biegłość w poruszaniu się po biurokracji. KE wyraźnie zaleca także lepsze wykorzystanie instrumentów pośrednich – klastrów, hubów innowacji, funduszy VC – aby wsparcie było bardziej szyte na miarę i dostępne również w słabszych regionach.
Czy młode start-upy chętnie korzystają z unijnych dotacji? Jakie są ich szanse i bariery?
Start-upy coraz częściej próbują korzystać z instrumentów obejmujących cały cykl - od wczesnych etapów badań do skalowania rynkowego, czyli poziomy TRL od 1 do 9. Problem w tym, że koszty obsługi systemu bywają nieproporcjonalnie wysokie, a zbyt duża część alokacji „zjada” sama biurokracja: doradcy, operatorzy, pośrednicy.
Zbyt mało jest z kolei wyspecjalizowanych instrumentów dla deep-tech i spin-offów akademickich - takich, które zaczynają już na etapie ideacji, a potem oferują szyte na miarę wsparcie, zamiast wrzucać wszystkie start-upy do jednego worka. KE zauważa, że liczba start-upów w Polsce rośnie, ale jest niższa niż wynikałoby z wielkości gospodarki, a szczególnie trudny jest etap wzrostu - dostęp do finansowania i kompetencji zarządczych.
Do tego dochodzi bańka mody na start-upy - zakładanie firmy jest modne, ale nie zawsze idzie za tym gotowość do realnego, wieloletniego ryzyka. Polska jest w czołówce Europy, jeśli chodzi o udział młodych samozatrudnionych na B2B, ale to często kwestia formy zatrudnienia, a nie prawdziwego apetytu na przedsiębiorczość. Badania pokazują, że tylko niewielki odsetek osób nieposiadających firmy planuje ją założyć w najbliższych latach. KE zwraca uwagę, że przy wysokiej dynamice rejestrowania i zamykania firm nadal brakuje nam „championów wzrostu”, którzy przeskakują z poziomu lokalnego na międzynarodowy.
Czy wielkopolskie firmy i uczelnie są innowacyjne? Co nas wyróżnia, w jakich branżach możemy budować przewagę konkurencyjną?
Nie jesteśmy ani Doliną Krzemową, ani innowacyjną pustynią.
Wielkopolskę wyróżnia dobra wydajność pracy i wysoki poziom wykształcenia, co stanowi solidny fundament pod rozwój innowacji.
Jeśli jednak spojrzymy na dane dotyczące przeciętnej innowacyjności firm i dynamiki inwestycji w B+R, to zobaczymy, że inne regiony - Mazowieckie, Małopolskie, Dolnośląskie czy Pomorskie - poprawiają swoje wskaźniki szybciej niż my. KE w załączniku regionalnym podkreśla, że różnice między regionami w Polsce rosną, a mniejsze regiony zachodnie potrzebują bardziej skoncentrowanych, własnych inteligentnych specjalizacji, zamiast „kopiowania” agend większych sąsiadów.
Szczególnie słabo wypadamy w obszarze współpracy na rzecz innowacji. Odsetek firm współpracujących przy projektach innowacyjnych w Wielkopolsce jest jednym z niższych w kraju. Wciąż za mało łączymy siły - i wewnątrz regionu, i z resztą Polski. To dobrze koresponduje z unijną diagnozą, że w Polsce współpraca między firmami - strategiczne partnerstwa, klastry, wspólne projekty – należy do najniższych w UE.
Właśnie dlatego tak ważne jest dla mnie tegoroczne doświadczenie „Wielkopolska Impact Zone” podczas Impact CEE w Poznaniu. Po raz pierwszy administracja regionalna zwróciła się do środowiska naukowego nie tylko jako do konsultanta, ale jako do współtwórcy swojej obecności na jednym z kluczowych wydarzeń technologiczno-gospodarczych w regionie. Wspólnie zastanawialiśmy się, jakie wyzwania i kierunki rozwoju mają dziś realne znaczenie dla konkurencyjności Wielkopolski oraz jaki dialog warto zainicjować z biznesem, inwestorami i administracją centralną.
Strefa była zbudowana wokół trzech osi: po pierwsze, koncepcji „Cell & Gene Therapies Startup Factory”, czyli ekosystemu CGT w Wielkopolsce - od nauki i szpitali po infrastrukturę GMP, inwestorów i partnerów przemysłowych. Po drugie, praktycznych wdrożeń technologii kwantowych dla bezpieczeństwa i usług publicznych. Po trzecie, nowych modeli współpracy innowacyjnej między dużymi firmami działającymi w regionie a nauką - już na etapie współtworzenia kierunków badań.
To jest właśnie ten typ współtworzenia narracji - na styku administracji, nauki i biznesu - który powinniśmy wzmacniać i konsekwentnie otwierać na cały region, a nie tylko na największe miasta.
Co wyróżnia firmy, którym udaje się przejść od pomysłu do globalnego sukcesu?
Jedna rzecz: lider i kultura innowacji, którą potrafi zbudować. Jeśli lider akceptuje ryzyko, myśli globalnie i jest gotów uczyć się szybciej niż konkurencja, to tworzy zespół, który za tą wizją pójdzie. W takich organizacjach innowacja nie jest „projektem na boku”, tylko sposobem działania - od pierwszej rozmowy z klientem po decyzje inwestycyjne.
Komisja Europejska mocno podkreśla znaczenie takich „growth champions” - firm, które dzięki inwestycjom w badania, cyfryzację i kompetencje są w stanie wyjść poza lokalny rynek i pociągnąć całą gospodarkę w stronę modelu opartego na innowacjach, a nie na tanich czynnikach produkcji. Polska i Wielkopolska potrzebują więcej właśnie takich organizacji - odważnych liderów i kultur, które budują głód innowacji, a nie tylko reagują na bieżące bodźce.
Rozmawiał: Łukasz Karkoszka


